Cotopaxi. Nazwa wulkanu w Ekwadorze. Wchodziłam na ten wulkan, kiedy byłam w Ekwadorze, po ponad miesiącu pobytu w Ameryce Południowej. Schronisko mieści się na wysokości 4800 metrów nad poziomem morza, wchodziliśmy ciut wyżej, do pierwszego lodowca. To była dość komfortowa wspinaczka. Przynajmniej relatywnie komfortowa. Nie tylko dlatego, że była to piaszczysta droga pod nieco stromą górę, dużo łatwiejsza niż większość tras w polskich Tatrach. I nie tylko dlatego, że moja kondycja nie była wtedy najgorsza. Była komfortowa przede wszystkim w porównaniu z pierwszą wspinaczką, w jaką zabrano nas trzy dni po przylocie do Kolumbii, na wysokość trzech i pół tysiąca metrów.
Wtedy dowiedziałam się co to jest choroba wysokościowa. Moje mięśnie ważyły co najmniej cztery razy tyle co normalnie, a każdy krok, podniesienie i opuszczenie uda sprawiało mi ból. Trudności z oddychaniem, spłycony oddech. Moja skrzywiona przegroda nosowa pewnie nie poprawiała sytuacji. Ból głowy i zatkane uszy były niczym przy niesamowicie szybkim biciu serca, które chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Do tego oczywiście mdłości. I zdecydowanie zbyt dużo samozaparcia, żeby wspiąć się na górę. Sytuację ratował (chwilowo) tylko jakiś koszmarnie słodki napój z tamtejszych owoców podawany po drodze w schronisku i odpoczynek. Odpoczynek zresztą przy takich objawach następował średnio co pięć kroków. Ale weszłam na szczyt.
Skoro weszłam tam, nic dziwnego, że chciałam wejść też na jeden z najwyższych czynnych wulkanów na świecie, Cotopaxi. Jak powiedziałam, wchodzenie na Cotopaxi było komfortowe – z choroby wysokościowej zostały już tylko dwa razy cięższe mięśnie i trudności z oddychaniem (spotęgowane niesamowicie silnym wiatrem wiejącym z czubka góry w dół). Mimo tego niesamowitego komfortu i tak szłam ostatnia. Korekta: przedostatnia. Za mną szedł tylko Paul, przyzwyczajony do wspinaczki i innych sportowych wyczynów pewnie męczył się tym powolnym spacerem, ale mnie nie zostawił, kiedy wszyscy inni we własnym tempie brnęli do schroniska. Był dla mnie niesamowitym wsparciem. Nie mówił nic. Zresztą przy tym wietrze trudno było rozmawiać. Mnie trudno było oddychać, a co dopiero rozmawiać… Szedł za mną. Cały czas był za mną. Czułam się bezpiecznie. Czułam, że kibicuje mi ktoś, komu zależy, żebym weszła na tę górę tak samo jak mnie. Kiedy się zatrzymywałam, zatrzymywał się i on. Liczyłam kroki. Dziesięć, dziewięć, osiem…. Czasem udawało mi się przejść dwie dziesiątki kroków, czasem trzy, czasem pięć. Odpoczywał ze mną, nie poganiał w łapaniu oddechu. I znowu kilka dziesiątek… To niesamowita sytuacja. Droga niby prosta, trudność niewielka, ciało sprawne, kondycja dobra… tylko ta wysokość, tylko ten oddech. Starałam się. Nie chciałam zawieść siebie i nie chciałam zawieść Paula. Bardzo mi pomógł. Nie wziął mnie na ręce ani na barana, nie pchał, nie ciągnął, nie poganiał. Był. A ja byłam na Cotopaxi.
Wtedy dowiedziałam się co to jest choroba wysokościowa. Moje mięśnie ważyły co najmniej cztery razy tyle co normalnie, a każdy krok, podniesienie i opuszczenie uda sprawiało mi ból. Trudności z oddychaniem, spłycony oddech. Moja skrzywiona przegroda nosowa pewnie nie poprawiała sytuacji. Ból głowy i zatkane uszy były niczym przy niesamowicie szybkim biciu serca, które chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Do tego oczywiście mdłości. I zdecydowanie zbyt dużo samozaparcia, żeby wspiąć się na górę. Sytuację ratował (chwilowo) tylko jakiś koszmarnie słodki napój z tamtejszych owoców podawany po drodze w schronisku i odpoczynek. Odpoczynek zresztą przy takich objawach następował średnio co pięć kroków. Ale weszłam na szczyt.
Skoro weszłam tam, nic dziwnego, że chciałam wejść też na jeden z najwyższych czynnych wulkanów na świecie, Cotopaxi. Jak powiedziałam, wchodzenie na Cotopaxi było komfortowe – z choroby wysokościowej zostały już tylko dwa razy cięższe mięśnie i trudności z oddychaniem (spotęgowane niesamowicie silnym wiatrem wiejącym z czubka góry w dół). Mimo tego niesamowitego komfortu i tak szłam ostatnia. Korekta: przedostatnia. Za mną szedł tylko Paul, przyzwyczajony do wspinaczki i innych sportowych wyczynów pewnie męczył się tym powolnym spacerem, ale mnie nie zostawił, kiedy wszyscy inni we własnym tempie brnęli do schroniska. Był dla mnie niesamowitym wsparciem. Nie mówił nic. Zresztą przy tym wietrze trudno było rozmawiać. Mnie trudno było oddychać, a co dopiero rozmawiać… Szedł za mną. Cały czas był za mną. Czułam się bezpiecznie. Czułam, że kibicuje mi ktoś, komu zależy, żebym weszła na tę górę tak samo jak mnie. Kiedy się zatrzymywałam, zatrzymywał się i on. Liczyłam kroki. Dziesięć, dziewięć, osiem…. Czasem udawało mi się przejść dwie dziesiątki kroków, czasem trzy, czasem pięć. Odpoczywał ze mną, nie poganiał w łapaniu oddechu. I znowu kilka dziesiątek… To niesamowita sytuacja. Droga niby prosta, trudność niewielka, ciało sprawne, kondycja dobra… tylko ta wysokość, tylko ten oddech. Starałam się. Nie chciałam zawieść siebie i nie chciałam zawieść Paula. Bardzo mi pomógł. Nie wziął mnie na ręce ani na barana, nie pchał, nie ciągnął, nie poganiał. Był. A ja byłam na Cotopaxi.
Nie wystarczyło, że weszłam na Cotopaxi, żeby zrozumieć, że nikt za mnie nie pokona moich własnych słabości i ograniczeń, że tylko moja własna determinacja decyduje o tym jak daleko dojdę. Musiałam przejść znacznie dłuższą drogę, zgubić się zupełnie, żeby się odnaleźć… I teraz, kiedy czuję się gotowa na całą resztę mojego życia nadal mam szczyty do pokonania, a wiatr sypie mi piaskiem w oczy jak tego dnia na wulkanie. Warto to pamiętać. Bardzo łatwo zapominam, że mam w sobie taką siłę, taką determinację, taką moc. Na pulpicie mojego komputera jest zrobione przeze mnie zdjęcie Cotopaxi, a na ścianie pokoju obraz malowany na końskim włosiu przedstawiający ten wulkan. Przypomina mi, że mogę…
Iching proszony o wskazówkę powiedział mi dziś: „Tylko idąc krok za krokiem dociera się do celu. Szkodliwy jest pośpiech, nerwowość, przeskakiwanie etapów. Tak powinien przebiegać wszelki rozwój. I w taki sam sposób powinien mędrzec wpajać światu swe nauki.”
*******************************************************************
Ta piękna kartka z pamiętnika autorstwa Weroniki Pietras stanowi niesamowitą metaforę tego, czym jest coaching. Tak, jak wspinaczka proces zmiany wymaga od nas wykraczania poza swoją strefę komfortu. W obu przypadkach próbujemy się z czymś nowym. Wiąże się to z wysiłkiem. Z konfrontowaniem naszych dotychczasowych przyzwyczajeń i sposobów działania. Teren już nie jest płaski. Zmiana otoczenia wiąże się ze zmęczeniem, obawą, często z utratą oddechu. Jesteśmy zdezorientowani. Ilość nowych bodźców przyprawia o ból głowy. Tracimy słuch na kolejne bodźce.
W obliczu wszystkich objawów staje się jasne, dlaczego tak istotny jest marsz we własnym tempie. Dostosowanie tempa do własnych predyspozycji i możliwości. Optymalna prędkość. Zbyt szybkie wchodzenie na górę, może zaowocować wycieńczeniem organizmu i w efekcie nieosiągnięcie celu podróży. Zbyt wolna podróż prowadzi do znużenia i utraty zainteresowania.
Tak samo w procesie zmiany. Zbyt szybka, owocując w zbyt wiele "nowości" zmiana jest jak skok do wrzątku. Równie szybko jak się tam znaleźliśmy, znajdziemy się poza nią. W takiej sytuacji brakuje procesu adaptacji do zmiany, poczucia bezpieczeństwa i możliwości systematycznego włączania nowych umiejętności do palety już przez nas posiadanych. To tak, jakby w trakcie "popularnego" sposobu nauki pływania wrzucić osobę uczącą się bardzo daleko od brzegu. Efektem nie będzie rozciągnięcie strefy komfortu adepta, a trwały uraz do zbiorników wodnych.
Z kolei zbyt wolna zmiana jest trudno zauważalna lub wręcz niedostrzegalna, przez co bywa często uważana jako nieistotna. Wystarczy spojrzeć na nas samych. Kto z nas pamięta, żeby rodzice zauważali, jak bardzo wyrośliśmy? Autorami tego rodzaju komentarzy są zawsze dziadkowie, dalsze ciocie i wujkowie. Osoby, na których oczach ta zmiana się dokonuje, rzadko kiedy potrafią ją dostrzec. Dlatego też dostosowanie marszu/procesu zmiany do własnych możliwości jest tak istotne.
W obliczu wszystkich objawów staje się jasne, dlaczego tak istotny jest marsz we własnym tempie. Dostosowanie tempa do własnych predyspozycji i możliwości. Optymalna prędkość. Zbyt szybkie wchodzenie na górę, może zaowocować wycieńczeniem organizmu i w efekcie nieosiągnięcie celu podróży. Zbyt wolna podróż prowadzi do znużenia i utraty zainteresowania.
Tak samo w procesie zmiany. Zbyt szybka, owocując w zbyt wiele "nowości" zmiana jest jak skok do wrzątku. Równie szybko jak się tam znaleźliśmy, znajdziemy się poza nią. W takiej sytuacji brakuje procesu adaptacji do zmiany, poczucia bezpieczeństwa i możliwości systematycznego włączania nowych umiejętności do palety już przez nas posiadanych. To tak, jakby w trakcie "popularnego" sposobu nauki pływania wrzucić osobę uczącą się bardzo daleko od brzegu. Efektem nie będzie rozciągnięcie strefy komfortu adepta, a trwały uraz do zbiorników wodnych.
Z kolei zbyt wolna zmiana jest trudno zauważalna lub wręcz niedostrzegalna, przez co bywa często uważana jako nieistotna. Wystarczy spojrzeć na nas samych. Kto z nas pamięta, żeby rodzice zauważali, jak bardzo wyrośliśmy? Autorami tego rodzaju komentarzy są zawsze dziadkowie, dalsze ciocie i wujkowie. Osoby, na których oczach ta zmiana się dokonuje, rzadko kiedy potrafią ją dostrzec. Dlatego też dostosowanie marszu/procesu zmiany do własnych możliwości jest tak istotne.
Kolejnym ważnym elementem jest towarzysz podróży. Wsparcie i doping mają niesamowity wpływ na osiąganie przez nas naszych celów. Paul towarzyszył. Nie poganiał. Nie spowalniał. Towarzyszył. Nie brał na barana ani na ręce, a jednak pomagał. Oczywiście coachowie towarzyszący swoim klientom w zmianie są bardziej wygadani, ale podstawową ideą jest towarzyszenie, dopingowanie i wspieranie oparte na wierze w umiejętności klienta i w to, że sobie poradzi.
Ważny jest też element zdjęcia na pulpicie. Coaching uczy nowych umiejętności, ale uczy też szukania zasobów, które się już posiada oraz celebrowania i doceniania tego, co już się udało osiągnąć. Stanowi to olbrzymie zaplecze do osiągania kolejnych szczytów. Świadomość swojej osobistej mocy, która rodzi się z naszych osiągnięć i dzięki której jesteśmy w stanie sięgać po kolejne. Pokonanie jednej góry, sprawia, że wejście na następną staje się prostsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz